Zaczęło mnie to bawić więc zaczynam nowy cykl. Nie nie porzucam pisania.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francja. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 7 października 2013
wtorek, 1 października 2013
Rouge burz
Podstawową trudnością z ciężkim sumieniem, to donieść je do kościoła. W Montpellier nie ma kościołów, gdyż było to miasto
od zawsze protestanckie- hugenockie. W pierwszą moją niedzielę w tym mieście-
ja jeszcze niewinne jagniątko szukałam pocieszenia w tej francuskiej obcości.
Jak trwoga to do Boga, Ale jedyny kościół jaki znalazłam- cudny gotycki, okazał
się galerią sztuki. Dzieła współczesne o charakterze bardzo (nie da się ukryć)
wymownym, żonglujące głównie symbolami religijnymi. Artysta Manuel Ocampo.
Kościół świętej Anny. Drugą ocalałą świątynią jest katedra.
| Katedra |
I to tam leczę swoje czerwone nastroje. Z tym, że nie tak
jak w Polsce, kiedy chcę. O nie tak łatwo to nie ma. Mszy na co dzień się nie odprawia- bo nie ma komu. A te niedzielne
są tylko dwie. Organista pięknym donośnym głosem śpiewa psalmy garstce wiernych.
Dzieci kolorują kolorowanki, jakiś pan pisze smsy, a jakaś para czule się
całuje. Sprawa pogarsza się przy przekazywaniu pokoju, bo wtedy już wszyscy się
całują i rzucają w ramiona , a powaga miejsca znika. A jak sobie patrzę w
witraż i nie mam kogo całować.
Co do łatwości. We Francji nie ma spowiedzi. Żaden ksiądz
nie siedzi w żadnym konfesjonale. Drewniane wymyślne pudełka- telefony do nieba,
tutaj nie istnieją. We Francji obowiązuje spowiedź powszechna, więc jak powiesz „Spowiadam
się Bogu Wszechmogącemu…” to znika problem. Bez pokuty i rachunku sumienia, bez
klęczenia na grochu i bez zdrowasiek w kącie. Gdzie ta kara?
Więc się każę sama. Fakt nie biczuję, nie poszczę, ale chyba
najboleśniej- nie jadę na weekend integracyjny. Dość mi było tych integracji.
Franchement
to nie pokuta to kara boska- wymierzona przez wielkiego Brata
Erasmusa, który nie wysłał mi przelewu. Więc zostanę w swoich 10 m kw. A co
tam. Popracuję nad uzależnieniem od słońca.
poniedziałek, 23 września 2013
La belle au bois dormant
Podobno jest wam zimno…
Z mściwą satysfakcją melduję stopni 25, niebo bezchmurne. Lato w pełni i nic nie zapowiada niespodziewanego deszczu. A chodniki- co dziwne nie topią się pod stopami. Ja za to jak na prawdziwego południowca przystało sjestuję. Jest to nie do pokonania, sen lepi powieki. Zamieniam się w Śpiącą Królewnę i jest to fakt. Gdyby się okazało, że się nie dobudzę, a popołudniowa drzemka zamieni całe królestwo w chaszcze pełne róż, wyślijcie do mnie księcia. Ktoś mnie musi dobudzić- sprawa jest frapująca.Pocałunki.
Wiem że chodzą wam po głowie francuskie pocałunki (baiser avec la langue). Rekord świata to 30 godzin podczas którego każde z kochanków spalił 7635 kcal. Ale to tylko na marginesie, bardziej zajmują mnie problemy codzienne-powitania. Trudne dylematy kiedy całować? Kogo? W który policzek? Ile razy?
Po przyjeździe do Montpellier przeraziła mnie skala problemu. Całowanie jest powszechne i o zgrozo trzykrotne (ileż to bakterii i drobnoustrojów). Nie ważne, czy kogoś znamy 10 lat, czy właśnie został nam przedstawiony, nie istotne że obgaduję go podle za plecami i twierdzę że się nie myje- pocałować trzeba, a ominięcie kogoś to bardzo poważne faux pas. Więc by nikogo nie ominąć stają Francuzi na środku ulicy- przywitać się trzeba, w parkach i na skwerach i tarasują chodniki. A teraz wyobraźcie sobie, że zapraszacie 30 osób na grilla w sobotę. Ucałuj wszystkich trzy razy i nie zwariuj. Przyzwyczajona do jednego suchego buziaka tylko z najbliższymi przyjaciółmi i trzech mokrych tylko z ciocią Hanią nie mogę się przemóc. Z chęcią rzucam się w buziaki, gdy spotykam drzwiach sąsiada z ławki z przodu, z przyjemnością gdy jest to kolega od siatkówki i z zachwytem gdy to przystojniak od którego kopiuję notatki, ale wszystkie nowe koleżanki to przesada. I jeszcze te obrzydliwe dźwięki które wydają niektórzy podrobieni Francuzi (czy. Erasmusi), jakby ktoś darł dres. O wiele przyjemniejsze jest jedno słodkie „mua!” które wydaje moja ulubiona (zaraz po Natalii Oreiro) Urugwajka.
Ogólna zasada we Francji to dwa całusy. Chociaż nazwałabym to raczej muskanie policzkami. Nie należy przybijać nimi piątki i wskazane jest raczej nieślinienie, i nie wydawanie nazbyt ekspresyjnych dźwięków. W niektórych regionach, tak jak na przykład u mnie obowiązkowe są trzy buziaki. Przy okazji należy zapytać „Ça va?” nie należy być jednak nadmiernie szczerym odpowiadając na to pytanie. Całowanie na powitanie dotyczy nie tylko kobiet i kobiet- mężczyzn.
Na ulicy późnym wieczorem. Dwóch postawnych facetów. Jeden tatuaż na ręce, „dwa arbuzy pod pachą” i łysa głowa. Drugi czarnoskóry, napakowany równie dobrze co drugi. Idą na piwo. Witają się- buzi buzi. Próbowałam sobie wyobrazić w podobnej sytuacji Matiego (brat kochany) i za nic nie widzę go jak przed wejściem na boisko do kosza całuje się z Jaroszem.
Mała uwaga językowa. Baiser to po francusku całować. Ale także w języku potocznym „jebać”(wybacz mamo!). Więc radziłabym się nie zwierzać francuskim koleżankom, że „Ce mec baise vachement bien.” – jeśli „facet” nas tylko pocałował na dobranoc. Słowo bisou (buziak) jest wyrazem bezpiecznym- chociaż lekko dziecinnym. Nadal do końca nie wiem czy mogę się pierwsza zacząć witać, czy wolno mi podejść do męskiej grupy jeśli kogoś tam znam i bezpardonowo całować. Czy udawać chłodną i podawać rękę. A może niech mnie całują w knykcie. Mycie rąk to lepsza idea niż domywanie policzków wraz z makijażem.Ma to swoje uroki (drapiące poranne zarosty), więc „à Rome, fais comme les Romains”( „jeśli weszłaś między wrony musisz krakać jak i one”).
poniedziałek, 16 września 2013
Perturbacje- komunikacje
Po pijaku
miesza się w głowie.
Nie wiadomo dlaczego człowiek biegnie za kimś kogo nie zna bo wygląda znajomo, sika w krzakach lub całkiem po hiszpańsku między samochodami jak już nie ma innej możliwości. Po tradycyjnym botellon (hisz. picie na ulicy) można się kąpać w fontannie (moja specjalność), całować z nieznajomymi, rozbijać butelki, tłuc szyby, rozbierać się, wyzywać jakiś facetów od salope (co nie jest mądre na pustej ulicy) i wiele innych aktywności. Wszystko to można robić. Ale jedno jest całkiem pewne. W Montpellier nie można pomylić tramwaju. Gdy przypominam sobie ile razy zajechałam w Krakowie, nie tam gdzie chciała, ile to razy tramwaj skręcił (moim zdaniem) nie tam gdzie powinien, oraz ilekroć warszawski autobus wywiózł mnie na koniec świata- to z tych kilometrów uzbierał by się obwód kuli ziemskiej.
W Montpellier funkcjonują tylko cztery linie, a każda z nich ma swój własny kolor. Każdy tramwaj wygląda jak długi cukierek w charakterystyczny wzór i nawet gdy widzisz podwójnie, albo nic nie widzisz gdyż właśnie włosy wpadają ci w oczy, lub właśnie zapomniałaś soczewek to nie sposób pomylić niebieskiej linii numer 1 w jaskółki z linią numer 4 całą w pstrokate kwiatki. Ile w tym celowości trudno powiedzieć. Ale już cieszę się na powstającą linię 5 tylko ze względu na „dizajn”.
Chociaż, wiele rzeczy jest zrobionych z tą komunikacją przyzwoicie- prócz ceny biletu i braku (całkowitego braku!) nocnej komunikacji. Po ostatnim spacerze bolą mnie jeszcze nogi.Cena jedno-przejazdowego biletu to 1.40 euro. Zdzierstwo. Za 35 euro miesięcznie mam w pakiecie- wszystkie linie tramwajowe, autobusowe oraz rowery (do godziny za darmo).
Ale „C’est la vie”
Za tą cenę mam śliczną kartę miejską zaprojektowaną przez Lacroix.
Ach tak zapomniałamWracając jednak do alkoholu. Francuzi piją niedużo i rzadko się mocno upijają. Chociaż często biorą udział w apero. Jest to skrót od apperitif nie oznacza to jednak jednego kieliszka przed obiadem w celu wzmocnienia apetytu, ale spotkanie nie formalne i formalne, które będzie zakrapiane alkoholem. Takie wieczory są organizowane co tydzień u mnie w szkole (!!!)- ENSAM. Inicjatorem jest pani Sabine, która zajmuje się życiem uczelnianym. A jeśli suszy was w trakcie wykładu można skoczyć do kafejki szkolnej i tam kupić sobie kieliszeczek czerwonego Bordeaux. Francuzom wystarczy odrobina wina od razu są rozmowni. Można u nich rozróżnić dwa stany upojenia alkoholowego:
1. Ivre- pijany
2. Gris-„être gris” – to stan miły, bardzo pijany.
3. Noir- „être noir”- to stan zły, parterowy
Picie wina
jest tu dozwolone już od 16 roku życia, ale młodszym członkom podaje się je do
stołu w rozwodnionej formie. Czy wy też wykradaliście z barku rodziców wedlowskie
„baryłki”? Gdybym dostała jedną taką do ręki wcale by mi nie smakowała, ale że
ją wykradłam była przepyszna. Może stąd fenomen średnio zalanych francuzów, a
może to kwestia przyzwyczajenia.
Jest jedno ładne powiedzenie francuskie:
Soûl comme un Polonais- pijany jak Polak. Jest to jednak stan gody pochwały bo dotyczy osoby która dużo wypiła a mimo to zachowuje trzeźwość umysłu i sprawność fizyczną. Czyli potrafi zrobić jaskółkę po 0.5 litra. Rzadziej dotyczy też osoby o niezwykłej brawurze lub odwadze. Jest kilka wersjo etymologii tego powiedzenia i aż dwie z nich przypisują te słowa Napoleonowi. Więc się utarło.
O
i jeszcze informacje o winie. Naturalnie można jak mój przyjaciel Kajka szukać doskonałych szczepów i wybierać wina wytrawne w cenie 20 euro za
butelkę, albo tak jak my upodobać sobie wino owocowe Pamplemousse i cieszyć się
pełnią szczęścia. Za to słabe upodobanie alkoholowe dziękuję ci Izabello. O
tego magicznego trunku można też spróbować w Polsce. Widziałam w jednym
sklepie. Tutaj kosztuje tyle co litrowa woda z mniejszego sklepiku. Żanetka
Leta poleca.
Nie wiadomo dlaczego człowiek biegnie za kimś kogo nie zna bo wygląda znajomo, sika w krzakach lub całkiem po hiszpańsku między samochodami jak już nie ma innej możliwości. Po tradycyjnym botellon (hisz. picie na ulicy) można się kąpać w fontannie (moja specjalność), całować z nieznajomymi, rozbijać butelki, tłuc szyby, rozbierać się, wyzywać jakiś facetów od salope (co nie jest mądre na pustej ulicy) i wiele innych aktywności. Wszystko to można robić. Ale jedno jest całkiem pewne. W Montpellier nie można pomylić tramwaju. Gdy przypominam sobie ile razy zajechałam w Krakowie, nie tam gdzie chciała, ile to razy tramwaj skręcił (moim zdaniem) nie tam gdzie powinien, oraz ilekroć warszawski autobus wywiózł mnie na koniec świata- to z tych kilometrów uzbierał by się obwód kuli ziemskiej.
W Montpellier funkcjonują tylko cztery linie, a każda z nich ma swój własny kolor. Każdy tramwaj wygląda jak długi cukierek w charakterystyczny wzór i nawet gdy widzisz podwójnie, albo nic nie widzisz gdyż właśnie włosy wpadają ci w oczy, lub właśnie zapomniałaś soczewek to nie sposób pomylić niebieskiej linii numer 1 w jaskółki z linią numer 4 całą w pstrokate kwiatki. Ile w tym celowości trudno powiedzieć. Ale już cieszę się na powstającą linię 5 tylko ze względu na „dizajn”.
Chociaż, wiele rzeczy jest zrobionych z tą komunikacją przyzwoicie- prócz ceny biletu i braku (całkowitego braku!) nocnej komunikacji. Po ostatnim spacerze bolą mnie jeszcze nogi.Cena jedno-przejazdowego biletu to 1.40 euro. Zdzierstwo. Za 35 euro miesięcznie mam w pakiecie- wszystkie linie tramwajowe, autobusowe oraz rowery (do godziny za darmo).
Ale „C’est la vie”
Za tą cenę mam śliczną kartę miejską zaprojektowaną przez Lacroix.
Ach tak zapomniałamWracając jednak do alkoholu. Francuzi piją niedużo i rzadko się mocno upijają. Chociaż często biorą udział w apero. Jest to skrót od apperitif nie oznacza to jednak jednego kieliszka przed obiadem w celu wzmocnienia apetytu, ale spotkanie nie formalne i formalne, które będzie zakrapiane alkoholem. Takie wieczory są organizowane co tydzień u mnie w szkole (!!!)- ENSAM. Inicjatorem jest pani Sabine, która zajmuje się życiem uczelnianym. A jeśli suszy was w trakcie wykładu można skoczyć do kafejki szkolnej i tam kupić sobie kieliszeczek czerwonego Bordeaux. Francuzom wystarczy odrobina wina od razu są rozmowni. Można u nich rozróżnić dwa stany upojenia alkoholowego:
1. Ivre- pijany
Jest jedno ładne powiedzenie francuskie:
Soûl comme un Polonais- pijany jak Polak. Jest to jednak stan gody pochwały bo dotyczy osoby która dużo wypiła a mimo to zachowuje trzeźwość umysłu i sprawność fizyczną. Czyli potrafi zrobić jaskółkę po 0.5 litra. Rzadziej dotyczy też osoby o niezwykłej brawurze lub odwadze. Jest kilka wersjo etymologii tego powiedzenia i aż dwie z nich przypisują te słowa Napoleonowi. Więc się utarło.
Salut!- wychodzę na rozwodnione piwo za 10 zł.
piątek, 6 września 2013
Wielki Brat
A więc zapoznałam. Spotkałam.
Wreszcie przyjechała Marta więc pobiegłyśmy naturalnie na
ploty i jedzenie na miasto.
Wieczorem całe podekscytowane miałyśmy poznać swoich
francuzów. A że ułożono w nas pary damsko męskie, to przyznam się, że spędziłam
pół godziny na ubieraniu s- przebieraniu. Powód był dość prosty- najważniejsze
jest pierwsze wrażenie. Umówiliśmy się na Place de Comedie. Przyleciałyśmy
naturalnie spóźnione. A nasi mentorzy- z obstawą.
Swojego poznałam od razu. Jb- Żip- Jean Babtiste. Blondyn z
zarostem o lekko surferskim wyglądzie. Martowy Jean był wysokim i uroczym
brunetem o chłopięcych oczach. Bisous bisous- chociaż całowaniem to nie można
nazwać. We Francji przy powitaniu raczej przybija się piątkę policzkami wydając
przy tym przeciągłe cmok. Nie ważne czy jest się dwu metrowym drabem, czy czarnoskórym
pakerem i tak się trzeba przywitać. Wyobrażam sobie mojego brata Matika
cmokającego się z kumplami na boisku i za każdym razem się śmieję.
Na dzień dobry małe faux-pas. Zaczęłam od cmokania słodkiego
Jeana na którym jakoś skoncentrował się mój wzrok. Drobna brunetka skwasiła się
nieznacznie. Potem obie towarzyszki dał nam chwilę na poznanie się Więc szliśmy
wąskimi uliczkami Montpellier jak wycieczka. Z przodu dwie panie z tyłu mentor-
polka, mentor- polka.
Wpadłam w dzikie francuskie gadulstwo. Tak jakby miesiąc,
który spędziłam w Cap Ferret był zakonem z klauzulą milczenia. Podsycało mnie
zrozumienie w oczach Żipa i jego kolejne pytania. Sukcesy konwersacyjne
podnosiły moje morale. Więc byłam jeszcze bardzie rumiana z emocji, jeszcze
weselsza i jeszcze głośniejsza, co spotkało się ogólną sympatią nawet ze strony
obstawy. Połówka Żipa- nazwijmy ją roboczo Mewa, (gdyż jej imię brzmiało
podobnie) była krępą, ładną, zadbaną brunetką i chyba wykluczając mnie jako
zagrożenie i widząc moją otwartość rozmawiała ze mną sympatycznie. W małym klimaty
cym barze postawili nam piwo z brzoskwiniowym sokiem i zagadali chwilę. Szalonej imprezy nie było.
Ale był to miły wieczór- organizacyjno-zapoznawczy. Chociaż Marta potwierdziła
że pijemy dużo i czystą (alkoholiczki), że
ktoś tam wciągał dezodorant przez serwetkę (tanie ćpunki) oraz Francuzi
są uważani w Polsce za egoistów (bez komentarza).
Żip bardzo się poczuwa do swojej roli. Martwi się i zastanawia
nad wszystkim. Zorganizował nam wypad na plażę, zabiera mnie jutro do szkoły i
wyrobić legitymacje i kartę miejską i telefoniczną i wszystko. A do tego
obiecał mi wycieczkę architektoniczną po nowoczesnym budownictwie Montpellier.
Więc go już kocham jak brata. Jego Mewę też lubię. I aż szkoda że nie była dziś
z nami na plaży.
środa, 4 września 2013
Prawie jak u mamy.
Co
się we Francji jada.
O
Francji w kwestiach kulinarnych myślimy często jedynie w kategorii serów i
wina, bagietek i croissantów. Faktycznie
w każdym najmniejszym sklepiku znajdziecie szeroki wachlarz najróżniejszych
win, i dość bogatą ofertę serów, warto jednak zapuścić się na głębsze kulinarne
wody i nie ograniczać się jedynie do tych podstawowych symbolów Francuskiej
kuchni.
Najbardziej
ekstremalnym przysmakiem jaki próbowałam były ostrygi-huître. Bassin d'Arcachon koło
którego spędziłam sierpień słynie z tych owoców morza i eksportuje je do innych
krajów w postaci małych zarodków, które dojrzewają w regionalnych wodach innych
państw. By ostryga dojrzała do zjedzenia musi mieć co najmniej 3 lata. Nie, nie
jest gotowana. Jest zjadana na surowo jeszcze żyjąc- wtedy jest najlepsza.
Rodzina u której mieszkałam zajadała się górami tych muszlowców. Eleganckie
stosiki leżały na lodzie udekorowane ćwiartkami cytryny. Ostrygi zamawiane z restauracji są już zazwyczaj otwarte.
Francuzi do jedzenia ich używają specjalnych małych pół okrągłych widelczyków,
lub po odcięcia mięśnia przy skorupce wypijają wraz z wodą. Ich smak porównuje
się do morskiej bryzy. Faktycznie jest zimna i słona. Ja określiłam to bizarre,
Izabella zaś interesant.
| Bassin d'Arcachon hodowla ostryg |
Jeśli
jesteśmy przy owocach morza… Mule to bretońskie danie. Izabella mój specjalista
twierdzi, że wszystko co bretońskie jest pyszne. Faktyczne mule są smaczne.
Czarno, granatowe skorupki pod wpływem gotowania otwierają się, pokazując
wewnątrz jasne delikatne mięso. Te które jadłam były podawane w
kremowo-maślanym sosie, który cudownie wyjadało się maczając w nim bagietkę. Smaku jednak nie można porównać do kurczaka
czy ryby. Mięso ma delikatną strukturę i konsystencję, słone, słodkawe w
ostatnich nutach na języku.
Quiche.
To francuskie ciasto na słono. I nie jest to ciasto które można by porównać z
kruchym ciastem na tarte jakie przywykliśmy przygotowywać w Polsce. To tak
jakby połączeni ciasta francuskiego i kruchego, o bardzie zwartej konsystencji.
To tych najbardziej znanych należy Quiche Lorraine, który jest chyba
najbardziej podstawowym z serem. Ale wartym spróbowania jest Quiche Chevre z
kozim serem. Chociaż za kozim serem nie szaleje to w tym wydaniu bardzo mi smakowo
wał. Jako pomysł na lunch, idealne bo bardzo pożywne, często z warzywami. Po ugryzieniu
wylewa się z niego soczysty sok z warzyw które są wewnątrz. Polecam na zimno.
Po podgrzaniu ciasto traci swoją chrupkość i sprężystość, a subtelne i
chrupiące danie zmienia się w rozmokłą papkę.
Gallete- jeśli sobie to właśnie tłumaczycie na naleśniki, to jesteście w błędzie. Faktycznie wyglądają podobnie, ale jest jedna podstawowa różnica- mąka. Ta używana do zwykłych naleśników jest po prostu pszenna. Ale nie w przypadku gallete. W restauracjach specjalizujących się tym daniem można wybrać spośród wielu różnych propozycji nadzienia w naszym guście, zawsze na słono. Widziałam w karcie nawet takie, których jednym ze składników był beurre d’escargots czyli masło ze ślimaków. Nie zdecydowałam się. Trochę żałuję. gallete podaje się je złożone w zgrabny kwadracik w towarzystwie cydru. Próbowałam dwa smaki tego dania. Pierwszy- cztery sery. Bardzo sycący pyszny i słony. Mój drugi raz był ze szpinakiem i jajkiem, żółtko jeszcze surowe rozpływało się po przebiciu delikatne błonki. Ale niestety ten wybór był nieudany ze względu na ciasto, które zamiast chrupiące kleiło się do talerza. Słabą wybrałyśmy Crêprie w Arcachon.
Crêpe- nie mylić z to naleśniki na słodko. Narodowym deserem są crêpe z Nutellą, ale świetne są też z cukrem, słonym karmelem czy kremem z kasztanów. Chociaż krem z kasztanów to ja bym mogła w każdej postaci- najlepiej sauté.
Cannelés Bordelais słodkie mała zakalce prosto
z Bordeaux. Kształtem przypominają małe babki wielkanocne. Są to jednak
ciasteczka na bazie rumu o sprężysto-chrupiącej skartelizowanej skorupce. Smakiem
przywodziły mi na myśl figę, chociaż w tej refleksji byłam osamotniona.
Macaronse-
cecha podstawowa są po prostu piękne. Francuzi mają ich w milionach kolorów i
kochają je za idealny kształt, piękne kolory i burżuazyjny charakter. Są to
drogie cacka do jedzenia. Maleńkie ciasteczko to koszt 1 euro. Sam cukier i słodki krem pomiędzy w smaku jaki zapragniesz. A wszystko to 3
sekundy tęczowej radości. Te ciasteczka są tak ściśle powiązane z francuską
kulturą, że na stałe weszły jako motyw do mody w postaci dodatków. I tak można
mieć srebrną bransoletkę z motywem, torebkę, zawieszkę, breloczek.
O
innych odkryciach będę informować na bieżąco.
Tym
czasem jak na studentkę przystało zajadam się jogurtem naturalnym.
Bon
appetit!
Z miejsca
A więc tak jestem we Francji.
Od miesiąca. Uczę się. Przywykam.
Rzuciłam się na głęboką wodę na dzień dobry- czyli w rodzinę
Francuską i było to najlepsze co mogłabym zrobić. Bo było to jak skakanie do
zimnej wody. Pierwszy chłodny szok, a potem ciało przywyka. Kultura i klimat
odmienny. I chociaż może nie tak jakbym wyjechała do Chin, ale zupełnie jest mi
inaczej. Drzewa inne.
Będę was informować na bieżąco o postępach mojej francuskiej edukacji kulturowej.
Zakotwiczona chwilowo w Montpellier.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Etykiety
- ARCHItektura (4)
- Francja (7)
- Francja w BD (1)
- Frankofilia (2)
- Krakowznawczość (13)
- Kuchenna Architektura (1)
- Lwów (2)
- Malarstwo (3)
- Podróże (8)
- Porto (1)
- Portugalia (1)
- SZkice (12)
- SZtuka (4)
- Tomaszów (1)








